Posted in Po polsku

Mój pierwszy dzień w Ameryce Północnej

W 2008 roku w ramach programu Work&Travel poleciałam na Alaskę i po raz pierwszy postawiałam stopę na północno-amerykańskim kontynencie. Chociaż nie był to jeszcze początek emigracji, to od tamtej podróży wszystko się zaczęło i wiele rzeczy w mojej głowie przewróciło się do góry nogami.

Na trzecim roku, koleżanka ze studiów powiedziała mi, że w ramach Work&Traval można wyjechać na Alaskę. Poszłyśmy razem do biura zapytać o szczegóły i okazało się, że praca w przetwórni ryb na Alasce nie należy to tanich przyjemności. Moja koleżanka od razu się zniechęciła, a mnie się wydało naturalne, że skoro ona nie jedzie to ja też nie, bo jak to tak tłuc się samej w nieznane, na drugi koniec świata. Jednak w przypływie początkowej euforii naopowiadałam wszystkim o mojej alaskowej przygodzie. Kilka miesięcy później, po tym jak sama zapomniałam o całym pomyśle, mój tata z ekscytacją w głosie zapytał jak idą przygotowania do wyjazdu na Alaskę. Musiałam mu odpowiedzieć, że nie idą, bo nigdzie nie jadę. Iskierka radości w jego oczach zgasła, a mi to dało do myślenia. Doszłam do wniosku, że jak zawsze będę czekać na innych i uzależniać moje decyzje od decyzji innych to niewiele zdziałam. Kilka dni później byłam już zapisana na program.

18 czerwca nad ranem, znalazłam się na Okęciu. Wykończona całonocną podróżą taksówką, w której przez 5 bitych godzin musiałam słuchać polskiej biesiady. Na lotnisku spotkałam się z Mają i Henrykiem, którzy jako jedyni z programu lecieli tym samym lotem, co ja. Z Mają wymieniłyśmy mejle za pośrednictwem biura Work&Travel i udało nam się nawet raz spotkać przed wjazdem.

Pierwszy lot z Warszawy do Paryża minął spokojnie. Dopiero w Paryżu na lotnisku de Gaulla zaczęły się przygody. Do dziś odczuwam mieszankę niechęci i sentymentu do tego paryskiego portu lotniczego. Na przesiadkę nie mieliśmy dużo czasu, a przez zagmatwane oznaczenia na lotnisku kręciliśmy się w kółko jak szaleni. Kto widział żeby strzałka wskazująca w dół, oznaczała żeby iść prosto? Ostatecznie zziajani i spoceni dobiegliśmy do naszej bramki. Większość pasażerów była już w samolocie, załapaliśmy się dosłownie na sam koniec kolejki. Przed wejściem na pokład stała bramka do wykrywania metali. Henryk przeszedł pierwszy i od razu zniknął w czeluściach rękawa. Kiedy przechodziła Maja, bramka zaczęła wrzeszczeć jak szalona. W tym momencie straciłam jej sytuację z oczu, bo okazało się, że kod kreskowy na moim bilecie nie działa i nie mogę przejść dalej. Pracownicy linii lotniczych próbowali różne skanery, ale nic nie działało. Ktoś zapytał, czy lecę z kimś jeszcze, żeby mogli sprawdzić kod kreskowy tej osoby. W panice zaczęłam szukać wzrokiem Mai, która jak się okazało stała na boso, w kolorowych skarpetkach i na jednej nodze, podczas gdy jakaś pani sprawdzała przestrzenie pomiędzy jej palcami u stóp. Niepewnie wskazałam palcem na terrorystkę Maję i powiedziałam, że z nią lecę. Osoba, która zadała pytanie, powiedziała na to, że ktokolwiek tylko nie ona, i czy jest z nami ktoś jeszcze. Niestety po Henryku słuch zaginął. Na szczęście kod w końcu zadziałał a u Mai nic nie znaleziono i pozwolono nam przejść. Kiedy weszłyśmy na pokład, wszyscy siedzieli już na swoich miejscach. Biegłyśmy z radością bijącą z naszych twarzy, do siedzeń, które znajdowały się na samym tyle samolotu. Tam wpadłyśmy na stewardesę, która przywitała nas słowami: „ktoś się bardzo cieszy, że leci dziś do Seattle”. I rzeczywiście radowałyśmy się jak szalone, bo przez moment obie straciliśmy nadzieję na to, że wpuszczą nas do tego przeklętego samolotu. Swoją drogą ciekawe, po jakim czasie Henryk zorientowałby się, że nie ma nas na pokładzie?

Po wylądowaniu w Seattle, poszliśmy odebrać nasze bagaże. Kiedy czekaliśmy przy taśmie, usłyszeliśmy komunikat z głośnika nawołujący: „Madża cośtam, Madża cośtam”. Maja wywnioskowała, że chodzi o nią. Okazało się, że jedna z jej 32-kilogramowych walizek nie doleciała i że będzie musiała ją odebrać za dwa dni na lotnisku w Anchorage. Po chwili okazało się, że z moich dwóch walizek żadna nie doleciała, dodatkowo ślad po nich zaginął i nikt nie wie gdzie są, ani kiedy dolecą do Anchorage. Potem musieliśmy przejść przez odprawę paszportową, gdzie po raz pierwszy miałam okazję użyć język angielski w jego naturalnym środowisku. Kiedy celnik zapytał, co będę robić na Alasce, z nerwów wszystko, co potrafiłam powiedzieć to: I will work without fish.

W Seattle musieliśmy się rozstać. Henryk i Maja mieli następny samolot do Anchorage krótko po naszej odprawie paszportowej, a ja musiałam czekać jeszcze 12 godzin. W międzyczasie zauważyłam ze samoloty z Seattle do Anchorage odlatują mniej więcej co godzinę. Po moim pierwszym niewypale językowym, postanowiłam, że skrócenie czekania będzie moim kolejnym testem z angielskiego. Podeszłam do agenta stojącego przed bramką, zapytać czy istnieje możliwość dostania się na wcześniejszy lot. Okazało się, że tak. Pani wystawiła mi kartę Stanby na lot Mai i Henryka i powiedziała, że jeżeli lot nie będzie pełen to wyczytają moje imię. Niestety nie udało mi się załapać na ich lot. Cierpliwie czekałam z moją kartą pod tą samą bramką przez następne dwie godziny. Nagle zauważyłam, że inni ludzie z kartami Standby, którzy pojawili się po mnie, są wyczytywani i wchodzą na samolot a ja dalej czekam. Zebrałam się w sobie i stwierdziłam, że przyszedł czas na trzecią próbę angielskiego. Okazało się, że przed każdym lotem potrzebuję nową kartę Stanby i że ta, którą trzymam w ręku przeterminowała się z odlotem Mai i Henryka. Dowiedziałam się też, że każdy lot do Anchorage odchodzi z innego terminalu. Przez następne parę godziny miałam, więc okazję poznać lotnisko wzdłuż i wszerz, jeżdżąc małym metrem w tę i z powrotem. W końcu udało mi się dostać na wcześniejszy lot do Anchorage. Ostatecznie, nie zmniejszyłam jakoś diametralnie czasu oczekiwania, ale przynajmniej znalazłam sobie zajęcie.

Z Mają i Henrykiem umówiliśmy się na lotnisku w Anchorage. Dotarłam tam w końcu w okolicach dziesiątej wieczorem. Na widok znajomch twarzy wydarłam się radośnie, wyrywając ze snu Maję i Henryka oraz liczną grupę Turków śpiących obok nich. Po chwili wszyscy patrzyli na mnie zaspanymi oczami, nie wiedząc co się dzieje. Resztę nocy spędziliśmy wyciągnięci na długości kilku lotniskowych krzesełek. Rano, po szybkiej toalecie w lotniskowej łazience, ruszyliśmy załatwić Social Security Numbers. Wyszliśmy przed lotnisko i pierwsze, co zobaczyliśmy to mały bus z napisem Free Shuttle. Przez moment myśleliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi i że oto mamy darmowy transport do centrum. Byliśmy biednymi studentami, więc wydawanie pieniędzy, jeżeli nie było to absolutnie konieczne, nie leżało w naszej naturze. 5 minut później gramoliliśmy się z powrotem na zewnątrz z 3 wielkimi walizkami, dokadnie w tym samym miejscu w którym wsiedliśmy. W duchu pewnie dziękując ze trzy walizki nie doleciały i że nie musimy targać sześciu. Okazało się, że darmowy busik jeździ tylko dookoła przylotniskowego parkingu.

Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Social Security Office, żeby wyrobić amerykańskie odpowiedniki polskich NIPów, bez których nie mogliśmy legalnie pracować w Stanach Zjednoczonych. Mimo tego, że było bardzo wcześnie i biuro było jeszcze zamknięte, przed budynkiem stała spora grupa ludzi, rozpoznaliśmy w niej też naszych tureckich towarzyszy nocy z lotniska. Wszystkie formalności poszły sprawnie i godzinę później szliśmy przez Anchorage, każde ciągnąc za sobą po walizce. Okazało się, że większość hosteli znajduje się po przeciwnej stronie miasta i wyglądało na to, że mamy przed sobą długi spacer. Znowu byliśmy wdzięczni ślepemu losowi, że mamy tylko trzy a nie sześć walizek. Przez większość czasu szliśmy pod górkę, co w połączeniu z ogólnym zmęczeniem i brakiem wody sprawiało, że 32 kilogramy ciągnięte za nami ciążyły niemiłosiernie. Podczas tego pierwszego spaceru zaobserwowałam moją pierwszą alaskańską ciekawostkę przyrodniczą: mlecze. Wszędzie było ich pełno i wyglądały dokładnie tak samo jak te w Polsce.

Zagadką pozostaje, jak to się stało, że przed tak daleką podróżą żadne z nas nie pomyślało o zarezerwowaniu noclegu. Nie pamiętam już też jak dowiedzieliśmy się o hostelu Arctic Adventures, ale właśnie tam zmierzaliśmy z małą, niewyraźną mapką i naszymi wybrakowanymi bagażami. Nasza radość była przeogromna, kiedy resztką sił dotarliśmy na miejsce. Nie trwała jednak długo. Po wejściu do środka poznaliśmy Joseph’a – właściciela Arctic Adventure. Kiedy powiedzieliśmy mu, że nie mamy rezerwacji i szukamy czegoś dla trzech osób, popatrzył na nas z wielkim zaciekawieniem. Dowiedzieliśmy się, że jest właśnie szczyt sezonu i że wszystkie hostele są kompletnie zabukowane, jego też. Joseph powiedział, że możemy skorzystać z pokoju dziennego i kuchni, żeby trochę odpocząć. W międzyczasie opowiedzieliśmy mu o naszych zaginionych walizkach i reszecie przygód. Joseph, człowiek o aparycji Shreka, z pokręconym poczuciem humoru, musiał wyczuć w nas źródło rozrywki, bo nagle zmienił zdanie i powiedział, że możemy zostać. Na początek dał nam pokój z jednym łóżkiem, gdzie mogliśmy się częściowo rozpakować, przebrać i wziąć prysznic. Kiedy zachodziliśmy w głowę jak zorganizować spanie trzech osób na jednoosobowym łóżku, znowu pojawił się Joseph mówiąc, że ma dla nas pokój z trzema łóżkami. Tym sposobem po wielu perturbacjach, mogliśmy wreszcie zakończyć ten dzień pełen wrażeń.

******

Wpis powstał w ramach wiosennego projekt Klubu Polki na Obczyźnie.

One thought on “Mój pierwszy dzień w Ameryce Północnej

Have any questions or comments?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s