Posted in Kanada, Po polsku

Czego nauczyło mnie pięć lat emigracji

DSC_0079

W tym roku mija 5 lat, od kiedy przyleciałam do Kanady z jedną walizką. Wtedy jeszcze nie planowałam, że zostanę tutaj tak długo. Mój plan był prosty, wykorzystać roczną wizę IEC na poznanie kanadyjskiej północy i oszczędzenie pieniędzy na wymarzoną podróż do Ameryki Południowej. W najśmielszych snach nie pomyślałam, że tak to się potoczy i że 5 lat później będę mieszkać w Montrealu. Dla niektórych pięć lat życia na emigracji to niewiele, dla innych dużo, a dla mnie to wystarczająca ilość czasu na lepsze poznanie siebie oraz zdobycie mnóstwa nowych doświadczeń. A oto kilka rzeczy, których dowiedziałam się dzięki mojej emigracji…

Na nowo odkryłam mapę świata

Przed wyjazdem do Yellowknife miałam znikome pojęcie o kanadyjskiej północy. Wcześniej spędziłam dwa okresy wakacyjne na Alasce i zaznajomiłam się z geografią tego stanu. Cała moja wiedza na temat północnych rubieży Kanady ograniczała się do Yukonu, Whitehorse i słynnej gorączki złota z początku 20. wieku oraz do nikłej świadomości, że gdzieś tam istnieje Nunavat. Reszta była wielką, białą plamą i to właśnie tam zmierzałam. Zabawne jak punkt siedzenia zmienia kąt widzenia. Kiedy jeszcze w Polsce patrzyłam na mapę Kanady, miałam wrażenie, że Yellowknife leży na krańcach północy, mój mózg podpowiadał mi, że dalej to już tylko misie polarne i wieczna zmarzlina. Kiedy kilka lat później patrzyłam na tę samą mapę pracując, jako koordynator lotów, to Yellowknife było dla mnie południowym punktem odniesienia, bramą do wielkiej i intrygującej północy. W ciągu 4 lat życia w Terytoriach Północno-Zachodnich poznałam nazwy rzek i parków narodowych, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Nasłuchałam się opowieści o słynnym przejściu północnym (Northwest passage), o pierwszych białych ludziach, którzy w trudach docierali na te tereny, a także o nomadycznych cyklach ludności autochtonicznej. No i oczywiście udało mi się doświadczyć wszystkich czterech pór roku na północy i to nie raz, ale prawie cztery razy.

Dowiedziałam się kilku rzeczy o sobie

Zarówno dzięki moim wcześniejszym wyjazdom jak i emigracji do Kanady, lepiej poznałam samą siebie. Uświadomiłam sobie, co lubię robić, a czego nie znoszę, za czym tęsknię, a czego w ogóle mi nie brakuje. Małe rzeczy, które ciężko sobie uświadomić mieszkając w Polsce. Nigdy nie pomyślałabym, że tak bardzo będzie mi brakowało pączków w tłusty czwartek, czy rogali Marcińskich 11 listopada. Wcześniej były to dla mnie trzeciorzędne „święta” a teraz to właśnie ich brakuje mi najbardziej. Chociaż w tym roku udało mi się odbić 5 lat nie obchodzenia tłustego czwartku dużą ilością pączków z polskiej piekarni. Po jakimś czasie dostrzegłam brak kogoś, z kim można by obejrzeć stare, polskie komedie i kogoś, kto zrozumie mój żart nawiązujący do Misia albo Rejsu. Przykłady mogłabym tu mnożyć i mnożyć. Morał z tego taki, że na emigracji wychodzą z nas tęsknoty za rzeczami, o które sami się nie podejrzewaliśmy. Wynika to pewnie z tego, że wiele rzeczy bierzemy za pewniki i dopiero jak ich nie widzimy, na co dzień, zaczynamy odczuwać ich brak.

Dopiero w Yellowknife, poznałam prawdziwy urok zimy. Skrzypiące mrozy i biały śnieg chrupiący pod stopami. Zjawiska zórz polarnych i słońc przybocznych z charakterystyczną tęczą. Dni może były przykrótkie, ale przy 40 stopniowych mrozach istniało stu procentowe prawdopodobieństwo bezchmurnego nieba i nisko zawieszonego słońca. Dowiedziałam się też, jak to jest mieć zamarznięte rzęsy i białe, oszronione kołtuny zamiast włosów. Na własnej skórze poczułam jak parzy metal w kontakcie z gołą skórą przy -40-stopniowych temperaturach i własnoręcznie wyprodukowałam śnieg, wyrzucając wrzątek z garnka wysoko w powiertrze.

Na pewno dzięki przeprowadzce mocno podszlifowałam mój angielski. I chociaż już do końca moich dni będę miała akcent i pewnie nie raz źle użyję „a” albo „the”, czy w pośpiechu nie tak odmienię wyraz, to mogę powiedzieć, że osiągnęłam poziom dwujęzyczności. Odkryłam też, że po angielsku łatwiej mi wyrażać uczucia i mówić o niektórych rzeczach. A jako, że Kanada dwujęzycznym krajem jest, to teraz w ekspresowym tempie pracuję nad moim francuskim, jako że wylądowałam w tej bardziej francuskojęzycznej części.

Nauczyłam się robótek ręcznych

W latach wczesnoszkolnych wmówiłam sobie, że mam dwie lewe ręce mniej więcej do wszystkiego, co wymaga użycia rąk właśnie. I od tamtego czasu skrzętnie unikałam malarstwa, szycia i innych form rękodzieła. Dopiero duża ilość wolnego czasu podczas mojego procesu imigracyjnego zmusił mnie do poszukania sobie zajęcia. Tym sposobem trafiłam na grupę kobiet, które hobbistycznie zajmowały się tworzeniem tradycyjnej biżuterii z koralików. Bez większych nadziei, że to się może udać, postanowiłam dołączyć do nich i zmierzyć się z igłą. Okazało się, że wcale nie jestem taka „dwuleworęczna” jak myślałam, a poza robieniem biżuterii z koralików, nauczyłam się jeszcze szycia w naturalnych tworzywach i szydełkowania. Idąc za ciosem, zapisałam się na kurs malarstwa i quiltingu. Moja artystycznie uzdolniona mama, cieszyła się jak dziecko, że w końcu może przekazać swoje umiejętności własnej córce i nauczyła mnie wyplatania wikliny papierowej. A wszystko to, nie wydarzyłoby sie gdyby nie mój przymusowy okres bezrobocia na dalekiej północy.

Wpadłam w sieci lotnictwa

Przed przyjazdem do Kanady moja wiedza na temat lotnictwa była bliska zerowej. Krótko po przyjeździe poznałam Jasona, który w tamtym czasie pracował, jako mechanik samolotowy. Na jednej z pierwszych randek zabrał mnie do hangaru, w którym pracował i pokazał mi silnik samolotowy i wyjaśnił jak on działa. Później zamieszkaliśmy razem, a ja każdego dnia uczyłam się nowych słówek z zakresu budowy samolotów, których nawet nie potrafiłam przetłumaczyć na polski. Kiedy Jason rozpoczął karierę jako komercyjny pilot, zaczęłam poznawać lotnictwo od strony kokpitu. W końcu sama postanowiłam spróbować swoich sił w tym przemyśle i zostałam koordynatorem lotów. Okazało się, że szybko połknęłam bakcyla i teraz już nie potrafię myśleć o robieniu czegokolwiek innego. Kiedy w końcu przyszła pora na odbycie długo oczekiwanej podróży do Ameryki Południowej z ciężkim sercem musiałam pożegnać swoją pracę.

Z lotnictwem wiąże się zabawna historia. Zanim przyjechałam na stałe do Kanady, mój sceptycznie nastawiony, a może po prostu uszczypliwy, brat zapytał: „No i co Ty tutaj będziesz robić?”. Znając jego słabość do samolotów na płozach wodnych, na których kilka lat wcześniej lecieliśmy razem z Vancouver do Victorii w Brytyjskiej Kolumbii, odpaliłam: „Jak to, co znajdę sobie męża, który lata samolotami na płozach!”. Dziwne jak wszystkie plany związane z moim rocznym wyjazdem do Kanady wzięły w łeb i tylko to jedno zdanie rzucone w ramach riposty na zaczepki starszego brata doczekało swojej realizacji w 100%. Zakochałam się w pilocie i dla miłości postanowiłam wywrócić swoje życie do góry nogami. Tak, więc be careful what you wish for!

2 thoughts on “Czego nauczyło mnie pięć lat emigracji

  1. Fajnie czytać o tym, jak człowiek pod wpływem innej kultury odkrywa w sobie to, co wcześniej w nim było, ale gdzieś głęboko schowane, a teraz ujawnia się i daje nowe pokłady siły 🙂

    Like

Have any questions or comments?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s