Posted in Ameryka Południowa, Paragwaj, Po polsku

Paragwaj w dwa dni

IMG_0283

Ze względu na jasonowe problemy z wizą, a konktretnie jej brak, musiliśmy nieco zmienić nasze plany związane z Paragwajem i przyspieszyć. Najpierw wskoczyliśmy do autobusu jadącego do Encarnacion, miasta położonego na południowym krańcu kraju. Następnego dnia spędziliśmy kolejne 6 godzin w autobusie, tym razem jadącym do stolicy kraju – Asuncion.

Po naszej przygodzie na paragwajskiej  granicy w Ciudad del Este, o której możecie przeczytać tutaj, postanowiliśmy nie zostawać w tym mieście i odpuścić sobie tutejsze wodospady oraz tamę zasilającą drugą pod względem wielkości elktrownie wodną na świecie. Wyszliśmy z budynku granicznego i jako że mieliśmy przy sobie tylko dolary amerykańskie wzieliśmy taksówkę zamiast autobus. Nauczeni doświadczeniem, z podniesioną adrenaliną i nastawieniem, że nie możemy ufać nikomu, uzgodniliśmy cenę zawczasu. Taksówkarz powiedział 5 dolarów, co i tak wydało nam się dużo, ale czas gonił a my chcieliśmy wydostać się z tego szalonego miejsca jak najprędzej. Kiedy dojechaliśmy do dworca autobusowego, taksówkarz zażądał 10 dolarów, okazało się że wcześniej miał on na myśli 5 dolarów ale od osoby. To by było na tyle z naszej mądrości i przezorności.

Kiedy weszliśmy na dworzec, doskoczyło nas kilku naganiaczy, krzyczących: Asuncion, Asuncion, ahora, ahora!!!!Kiedy powiedzieliśmy, że nie jedziemy do Asuncion tylko do Encarnacion, jedni odeszli i otocczyli nas inni krzyczący: Encarnacion, Encarnacion!!!  Wszyscy mieli w zasadzie  te same ceny, więc zdecydowaliśmy się na autobus, który był podstawiony na peronie.

Jadąc rzez Ciudad del Este widziliśmy ogrom ulicznych sprzedawców stojących na pasku zieleni pomiędzy pasami jezdni, oferujących najróżniejsze towary samochodom stojącym na czerwonym świetle. Kiedy autobus zatrzymał się na dworcu autobusowym po drugiej stronie miasta, doznaliśmy małego szoku. Uliczni sprzedawcy rzucili się do okien autobusu, pokazując nam swoje towary. Część z nich weszła nawet do autobusu, oferując zimne napoje, przekąski, kanapki, zegarki, okulary przeciwsłoneczne, loterie bingo a nawet sprzęt elektroniczny. Jedni sprzedawcy wchodzili, inni wychodzili, z naręczami rzeczy grzecznie i zręcznie mijali się w wąskim przejściu między siedzeniami. Podczas podróży autobusem zauważyliśmy, czy też raczej usłyszeliśmy, że wiele osób posługuje się językiem guarani.

Przez kolejnych sześć godzin jazdy za oknami autobusu dominowała czerwień tutejszej ziemii oraz zieleń pól, łąk i pozostałości po tym co kiedyś było dżunglą. Od czasu do czasu mijaliśmy niewielkie osiedla ludzkie. Kiedy słońce zaczęło się zniżać, a w domach zapaliły się światła, można było zauważyć że większość życia rodzinnego skupiła się w pomieszczeniu, które częściowo należało do domu a częściowo do podwórka. Pomieszczenie miało dach i dwie albo trzy ściany, zazwyczaj znajdował się tam duży grill i stół, krzesła, a czasami i więcej mebli.

Do Encarnacion dotarliśmy po zmroku. Znaleźliśmy hostel niedaleko dworca i padnięci po dniu pełnym wrażeń poszliśmy prosto do łóżka. Następnego dnia pojechaliśmy do niewielkiej miejscowości Trinidad, gdzie znajdują się ruiny dawnej misji jezuickiej. Żar lał się z nieba, a ruiny nie dawały żadnego cienia, więc przez większość czasu chodziliśmy w pełnym słońcu. Zważywszy na fakt, że Jezuici spędzili w tym miejscu zaledwie 60 lat, byliśmy zaskoczeni wielkością misji, jej głównego kościoła i ilością zdobień oraz faktem, że wszystko to powstało pośrodku dżungli. Po godzinie chodzenia wśród riun, zdecydowaliśmy że czas wracać do Encarcion. Pochodziliśmy trochę po mieście, które tego niedzielnego popołudnia było puste i spokojne. Zeszliśmy do nowoczesnej promenady przy rzece z piaszczystą plażą. Po krótkim zwiedzaniu byliśmy znowu w autobusie, tym razem jadącym na północ do Asuncion. I po raz kolejny dotarliśmy na miejsce, jednak tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia z hostelem i musieliśmy spać w dosyć obskurnym pokoju. Na szczęście byliśmy blisko dworca.

Następnego dnia pojechaliśmy do centrum, żeby zobaczyć stolicę Paragwaju. Asuncion było głównym miastem Ameryki Południowej, na wschód od Andów, do czasu aż powstało Buenos Aires, czyli mniej więcej początku XVII wieku. Niestety niewiele pozostało z czasów świetności. W centrum gdzie niegdzie widać piękne budynki kolonialne. Szczególne wrażenie zrobił na nas różowy pałac prezydencki, otoczony szwadronem straży. Parę ulic dalej znajdują się plac z budynkami parlamentarnymi. Kiedy weszliśmy tam zobaczyliśmy dzieci w białych koszulach i granatowych mundurkach, uczących na patio pięknego, starego budynku, które było otoczone kratami. Nieco dalej na środku placu, stały namioty porobione z worków na śmieci. A w pustej, wyschniętej fontannie biegały za piłką małe, bose dzieciaki w obdartych ciuszkach.

Niestety w Paragwaju nie mieliśmy czasu, żeby skosztować lokalnych specjałów, tylko terrere i chipas. Chipas to bułki na bazie mąki z manioku oraz sera, bardzo, bardzo pysznych. Terrere to yerba mate, którą przy tutejszych upałach pije się z zimną wodą z lodem, dodatkowo może mieć ona posmak mięty i cytryny,

Have any questions or comments?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s