Posted in Kanada, Ontario i Quebec, Po polsku

Quebec (2) – miasto Quebec

quebec

Po tym jak dojechaliśmy do Quebec City, udaliśmy się do dzielnicy Saint Jean Baptiste, w której można poczuć dziewiętnastowieczny styl Bohemy pomieszanego z wielokulturowością XXI wieku.

Zatrzymaliśmy się w pensjonacie Au Croissant de Lune, który mieścił się w ponad stu letnim budynku. Większość domów w tej dzielnicy została wybudowana w XIX wieku, są małe i ciasno przytulone do siebie, wzdłuż wąziutkich ulic. Wszystko to sprawia, że chwilami można się zapomnieć i pomyśleć, że jest się w Europie, po zmroku dochodzi do tego wrażenie jakby się właśnie cofnęło 100 lat w czasie. W gąszczu identycznie wyglądających budynków, odnaleźliśmy nasz pensjonat. Gospodyni wpuściła nas do malutkiej sieni, gdzie po wstawieniu naszych bagaży, ledwie mieliśmy miejsce żeby schylić się i zdjąć buty. Po sieniowych akrobacjach, chwyciliśmy torby i podążyliśmy za gospodynią na wąską klatkę schodową, gdzie manewrowaliśmy najlepiej jak potrafiliśmy żeby nie poobijać ścian bagażem. Nasz pokój znajdował się na poddaszu i był umeblowany antykami, co dodało jeszcze więcej uroku do całej scenerii. Z okna mieliśmy bajkowy widok na spadziste dachy okolicznych domów. Przez moment poczułam się jak w klasycznym francuskim filmie.

Nasz pensjonat znajdował 10 minut piechotą od murów starego miasta, więc praktycznie mogliśmy dojść pieszo do wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych. Pierwszego wieczoru w mieście Quebec pozwoliliśmy sobie na rozpustę i poszliśmy na kolację do wykwintnej restauracji, jednej z tych w starym, francuskim stylu. Tam w menu znaleźliśmy foie gras, czyli pasztet strasburski. Żadne z nas nie próbowało nigdy wcześniej tego francuskiego smakołyku. Stwierdziliśmy, że tego wieczoru będzie ten pierwszy raz. No cóż, żadne z nas nie wpadło w wielki zachwyt na tym pasztetem. Prawdę mówiąc ciężko było nam nawet znieść zapach, czy też przełknąć jego dziwnie miękką konsystencję. Nieco później dowiedziałam się, w jaki sposób robiony jest foie gras. To co przeczytałam, było przykładem czystego okrucieństwa. Otóż, kaczki karmione są do momentu, aż ich żołądki eksplodują. Ich rozerwane narządy wewnętrzne są serwowane pod wyrafinowaną nazwą foie gras. Nie pozostaje nic innego jak życzyć Smacznego! Poza wpadką z francuskim pasztetem, nasz posiłek była prawdziwą ucztą. Po kolacji i butelce wina poszliśmy na nocny spacer po starym mieście, żeby zobaczyć pięknie oświetlony Chateau Frontenac.

Następnego dnia rano, tak jakbyśmy nie byli jeszcze w wystarczającym zachwycie nad naszym pensjonatem, zeszliśmy na dół do pachnącej świeżo zaparzoną kawą i pieczywem jadalni. Światło porannego słońca wpadało przez duże okno, wychodzące na ulicę i oświetlało śnieżnobiałe ściany, które stanowiły doskonałe tło dla wielokolorowych, afrykańskich obrazów. Pośrodku jadalni stał pięknie zastawiony, antyczny stół. Patricia, nasza gospodyni, przywitała się z nami, po czym zniknęła w kuchni. Po chwili wróciła z jogurtami parfait, ozdobionymi owocami i powiedziała, że nasze gofry będą gotowe za 5 minut. Jej dzieci kręciły się niedaleko stołu i dotrzymywały nam towarzystwa podczas śniadania. Jedzenie było świeże i przepyszne.

Nie mieliśmy za dużo czasu w mieście Quebec, dlatego tym razem postanowiliśmy ominąć muzea i spróbować wtopić się w klimat miasta. Wyszliśmy z pensjonatu i ruszyliśmy pod górkę, przez urokliwą dzielnicę Saint Jean Baptiste w stronę Pól Abrahama (the Plains of Abraham). W 1759 roku, podczas Wojny Siedmioletniej, odbyła się tam walka pomiędzy armią francuską i brytyjską. Dzisiaj ta piękna okolica, położona na wzgórzu, z którego roztacza się widok na rzekę Świętego Wawrzyńca, została zaadoptowana jako park (2,4 kilometra długi i 0,8 kilometra szeroki). Rocznie odwiedza go około 4 miliona osób, żeby uprawiać różnego rodzaju sporty, uczestniczyć w imprezach kulturalnych albo po prostu miło spędzić czas na świeżym powietrzu. Podczas naszego porannego spaceru po Polach Abraham, czuliśmy podmuchy mroźnego powietrza znad wielkiej rzeki pod nami. Szliśmy od zachodu, kierując się w stronę starego miasta i Chateau Frontenac, górującego nad horyzontem, który widzieliśmy z bardzo daleka. W trakcie naszego spaceru po dawnym polu walki, zatrzymaliśmy się na krótkie zwiedzanie Cytadeli, gdzie zapoznaliśmy się, co nieco z historią brytyjsko-francuskich waśni na tym terenie. Stare miasto podzielone jest na górną i dolną część. Najczęściej słyszanym zdaniem w tym mieście: oto najstarszy kościół, brukowana ulica/ plac (niepotrzebne skreślić) w Ameryce Północnej na północ od Meksyku. Spędziliśmy cały dzień kręcąc się po ulicach i odwiedzając lokalne sklepiki oraz liczne galerie sztuki.

Następny dzień był ostatnim dniem naszej podróży i do wieczora planowaliśmy znaleźć się z powrotem w Montrealu. Poranek spędziliśmy na zwiedzaniu głównej ulicy dzielnicy, w której się zatrzymaliśmy, noszącej tę samą nazwę – Saint Jean Baptiste. Jest to kolorowy deptak, na którym można spotkać przedstawicieli różnych kultur i nacji, oferujących swoje produkty. Nas najbardziej zaintrygował anglikański kościół Św. Mateusza, który pod koniec lat 70-tych został zamieniony w bibliotekę. Zaraz obok niego jest mały cmentarz, na który można wejść wprost z ulicy. Tam na chwilę można zapomnieć o całym zgiełku i zatopić się w gąszczu starych tablic nagrobnych. Niektóre z nich sięgają czasów pierwszych, białych osadników na tych terenach. Poza tym ulica Saint Jean Baptiste pełna jest antykwariatów, w których można znaleźć stare książki i płyty. W nich właśnie spędziliśmy większość tego leniwego przedpołudnia. Na sam koniec poszliśmy do malutkiego muzeum czekolady, gdzie obejrzeliśmy niewielką ekspozycję i napiliśmy się niesamowicie gęstej filiżanki gorącego napoju zrobionego z kakaowca.

Niedaleko miasta Quebec znajduje się 84-metrowy wodospad Montmorency. Jest on 30 metrów wyższy od Niagary i jednocześnie jest najwyższym wodospadem prowincji Quebec. Zanim wyruszyliśmy w podróż powrotną do Montrealu, pojechaliśmy go zobaczyć. Wycieczkę zaczęliśmy od szczytu klifu, z którego rzeka Montmorency spada do rzeki Św. Wawrzyńca. Przeszliśmy po małym moście zawieszonym nad krawędzią wodospadu. Pod naszymi nogami widzieliśmy jak woda pędzi i z hukiem spada z 84 metrów. Przed nami z kolei roztaczał się widok na panoramę rzeki Św. Wawrzyńca z wyspą d’Orleans po lewej i miastem Quebec po prawej. Potem ruszyliśmy dalej wyznaczoną ścieżką, którą doszliśmy do 487 stopni prowadzących na dół, skąd można zobaczyć wodospad z żabiej perspektywy. Schody były strasznie zatłoczone. Turyści próbujący zrobić sobie liczne zdjęcia z wodospadem za plecami tworzyli ludzkie zakrzepy na naszej drodze, przez które trudno było się przepchać. Gdzieś w połowie schodów, ruch znacznie się zmniejszył, a kiedy dotarliśmy do samego dołu było tylko nas dwoje, oszałamiający huk wody i przemaczająca nas mgła unosząca się znad wodospadu.

Żeby dostać się na autostradę prowadzącą do Montrealu, musieliśmy przejechać przez centrum miasta Quebec. Pech chciał, że trafiliśmy na godziny szczytu i na prawie dwie godziny utknęliśmy w korku. Nie przesadzę, jak napiszę, że przez godzinę przesunęliśmy się o 10 metrów. W takich momentach jestem szczęśliwa, że mieszkam w Yellowknife gdzie godzina szczytu zdarza się dwa razy w ciągu dnia i każda trwa około 5-10 minut. O Montrealu natomiast napiszę trochę następnym razem.

Have any questions or comments?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s