Posted in Kanada, Po polsku, Terytoria Północno-Zachodnie

Droga Wodospadów

Wyobraź sobie, że stoisz zupełnie sam na krawędzi wielkiej skały, a pod stopami masz masę pędzącej i spadającej w dół wody. Żadnych ludzi, żadnych barierek i żadnego hałasu. Tylko Ty i otaczająca Cię natura. Być może Niagara jest największym i najbardziej znanym wodospadem Kanady, ale istnieją w tym kraju mniej znane perełki, które mają pewną przewagę nad Niagarą.

Nie chcę tu szerzyć jakichś fałszywych opinii, że Niagara nie jest piękna, czy też nie warta zobaczenia, bo zdecydowanie jest. Nie potrafię tylko zrozumieć przesłanek kretyna, który zdecydował o zbudowaniu głośnego i słynącego z kasyn miasta obok tego niesamowitego pomnika przyrody. Dzisiaj zabierzemy was do miejsca, gdzie będziecie mogli w spokoju posłuchać jednego z najwspanialszych dźwięków na świecie, dźwięku wodospadu. Osobiście mogłabym siedzieć godzinami i patrzeć na wodę płynącą w stronę przepaści, na kształty jakie tworzy na kamieniach i korzeniach na swojej drodze oraz to jak załamuje się na krawędzi zaraz przed tym jak spadnie w dół. Widok ten wprowadza mnie w specyficzny stan hipnozy.

Jeżeli Tobie też marzy się ciche spotkanie, sam na sam, z wodą bez wrzeszczących tłumów i bezdusznych barierek, zapomnij o wodospadach Niagary i wybierz się na Drogę Wodospadów w Terytoriach Północno-Zachodnich. Każdy, kto jedzie samochodem do Yellowknife, musi przez nią przejechać, z bardzo prostej przyczyny: nie ma tutaj innej drogi. Na równoleżniku 60 stopni (ktory wyznacza granicę miedzy Albertą i Terytoriami Północno-Zachodnimi), droga która jest autostradą 35 w Albercie zmienia się w autostradę 1 po stronie Terytoriów Północno-Zachodnich. Odcinek drogi od tego punktu do skrzyżowania z autostradą 7 nazywany jest Drogą Wodospadów. Wzdłuż 180 kilometrów znajdują się trzy potężnej wielkości wodospady: Alexandra, Louise i Lady Evelyn.

Droga Wodospadów na mapie 

W czerwcu wybraliśmy się na małą wycieczkę na południe, zobaczyć wszystkie trzy wodospdy. Zajeło nam 6 godzin żeby dojechać do najdroższego pola namiotowego jakie do tej pory dane mi było widzieć na oczy (30 dolarów kanadyjskich za jeden namiot za noc), a które znajdowało sie niedaleko małej wioski Kakisa. Po drodze widzieliśmy z dwa albo trzy stada bizonów, kilka żurawi….i to by było na tyle. Nie ma zbyt wielu rzeczy na tych 350 kilometrach drogi z Yellowknife do Kakisy; dwie małe wioski (Rea/Edzo i Fort Providence), most na rzece Mackenzie w Fort Providence, jeden zakręt w lewo i jeden zakręt w prawo. To by mniej więcej podsumowywalo naszą sześcio-godzinną podróż.

Pierwszego dnia, po dotarciu na miejsce, poszliśmy zobaczyć wodospad Lady Evelyn, który był na tyle blisko, że mogliśmy go słyszeć z naszego namiotu. Zajeło nam jakies 5-10 minut żeby zejść albo może raczej zjechać na stopach z bardzo stromego zbocza, do miejsca skąd można podziwiać wodospad od jego podstawy, a nawet zajrzeć za ogromną ścianę wody. Nieco później tego samego dnia pojechaliśmy do Kakisy, małej wioski zamieszkałej przez 50 osób, glownie Dene (rdzenna ludność). Wiekszość tutejsze populacji posługuje się językiem South Slavey, tylko niektórzy znają angielski. I kto powiedział, że w Kanadzie są tylko dwa języki! Przeszliśmy całą wioskę w poszukiwaniu kogoś, kogo moglibyśmy zapytać czy nie będzie problemu, jeżeli przepłyniemy się naszym kanu po jeziorze. Nie spotkaliśmy jednak ani jednej żywej duszy, za wyjątkiem jednego starszego pana, który siedział przed swoim domem, żując tabako i z wielką wprawą spluwając do metalowej puszki po kawie. Niestety nie rozumiał on słowa po angielsku, więc daliśmy mu spokój. Postanowiliśmy zaryzykować i przerzucić kanu z dachu samochodu do wody bez żadnego pozwolenia (nie sądzę zresztą, że było ono konieczne, po prostu chcieliśmy być grzeczni w stosunku do lokalnych mieszkańców). Nie udalo nam sie odpłynać za daleko od brzegu. Wiatr na jeziorze był tak silny, że ledwie pozwalał nam na sterowanie naszym kanu. Tego dnia, z jeziora Kakisa widzieliśmy dym unoszący się znad pierwszego pożaru lasu tego lata, które okazało się być jednym z najgorszych sezonów pod względem ilości płonących lasów. Zaledwie miesiąc później 300 pożarów trawiło tajgę w Terytoriach Północno-Zachodnich.

Następnego dnia pojechaliśmy do wodospadów Louise i Alexandra, które znajdują się na rzece Hay w parku Twin Falls. Przeszliśmy się ścieżką, która łączy oba wodospady. Mieliśmy dużo czasu, więc po drodze sprawdzaliśmy każdą dróżkę odchodzącą od głównej ścieżki. Nagle natknęliśmy się na kręcone, metalowe schody w dół, które zaprowadziły nas pod wodospad Louise. Przeżyliśmy niemały szok, widząc taką infrastrukturę turystyczną pośrodku niczego. Spędziliśmy trochę czasu, patrząc na wodospad z zadartymi głowami. Dookoła nas nie bylo nikogo, wiec nikt nie zakłócał nam odbioru. Potem wróciliśmy na główny szlak, który także byl pusty. Gdyby nie nasze szwendanie się po bokach, spacer od jednego wodospadu do drugiego, zająłby nam pewnie około 20 minut. Po drodze mijaliśmy punkty widokowe na wodospad Alexandra, zabezpieczone balustradami. Kiedy jednak doszliśmy do samego wodospadu nie bylo tam żadnych zabezpieczeń. Moglismy podejść tak blisko wody i jej 33 metrowego spadu jak tylko chcieliśmy. Ciągnięci przez jakąś dziwną mieszankę strachu i zachwytu, znalezlismy sie nagle na samej krawędzi. Dopiero później zorientowaliśmy się, że staliśmy tam na duzej kamiennej płycie, dosłownie wiszącej nad wodospadem.

Potem pojechaliśmy do miasteczka Hay River, położonego na południowym wybrzeżu Wielkiego Jeziora Niewolniczego. Jeszcze nigdy tam nie bylismy i o to pojawiła się idealna okazja żeby sprawdzić jak ono wygląda. Przejechaliśmy wzdłuż centrum i skierowaliśmy się do parku gdzie wielka rzeka Mackenzie zaczyna swój bieg w wodach Wielkiego Jeziora Niewolniczego. Chcieliśmy sobie zrobić mały piknik w tym wyjątkowym miejscu. Pomimo tego, że była prawie połowa czerwca, wiatr który wiał znad wielkich płyt lodu, pływających jeszcze w jeziorze, niósł nad ląd mroźne powietrze. Odważnie wyszliśmy z samochodu i skierowaliśmy się do jednego ze stolików piknikowych, stojących niedaleko wody. Wypakowalismy naszą mielonkę turystyczną i krakersy. Na więcej nie starczyło nam zacięcia. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, każdy chwycił co mógł i ze zgrzytającymi z zimna zębami, biegiem wróciliśmy do samochodu.

Następnego dnia rano, skierowaliśmy się z powrotem na północ do Yellowknife. Może się wydawać, że zrobiliśmy sobie małą weekendową wycieczkę, jednak w ciągu tych trzech dni przejechaliśmy ponad 1000 kilometrów!

Have any questions or comments?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s